Od manipulacji do repolonizacji – czy nowe polskie banki? (2/3)

JSZ_7349Spekulacyjne pułapki finansowe dotknęły miliony osób. Z JANUSZEM SZEWCZAKIEM rozmawia Leszek Sosnowski. [Część 1 TUTAJ]
Banki mają taką siłę przebicia, że mogły usunąć Pawlaka ze stanowiska wicepremiera?
Myślę, że bez większego problemu. W ogóle twierdzę, że w Polsce rządzą duże grupy finansowe i duże koncerny zagraniczne, które traktują osoby zarządzające tym teoretycznym państwem jako marionetki, co np. wyszło na jaw, kiedy pani premier potajemnie posłała list do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, gdzie toczy się sprawa z powództwa rządu węgierskiego, o uznanie kredytów walutowych za opcje spekulacyjne, za toksyczne instrumenty finansowe, które miały być wyłącznie spekulacyjną pułapką. A polski rząd napisał list, żeby Trybunał jednak się zastanowił, bo wyrok skazujący mógłby grozić poważnymi stratami wielu bankom w Polsce. 

Innymi słowy rząd zadziałał prze­ciwko polskim obywatelom i polskim firmom. Ale właściwie dlaczego aku­rat w tym przypadku miałoby być inaczej niż zawsze… Wróćmy jeszcze do kredytów frankowych. W ostat­nich dziesięciu latach banki zarobiły netto łącznie około 100 miliardów złotych. Ile w tych stu miliardach złotych stanowi zarobek na zmianie kursu franka?
Ten zysk znajduje się częściowo w owych 100 mld. Ale zyski z tzw kre­dytów frankowych są ciągnięte dalej, licznik nada tyka, ludzie wciąż płacą. Może zyski są minimalnie mniejsze, ale są. Szacunki, ile banki zarobiły na tzw. kredytach frankowych, mówią, że może być to nawet do 40 mi­liardów złotych, ale przy ich rocznych zyskach rzędu 20 miliardów, nie jest to kwota nie do oddania.

Nieważne ile zarabiają, jak zostało zarobione nieuczciwie? Trzeba oddać. To jest poza dyskusją.
Oczywiście. Władze RP przyjęły natomiast dziwną metodę negocjacji na zasadzie: „złapałeś rękę złodzieja w twojej kieszeni i pertraktujesz z nim, czy może ci wyjąć 200 zł, czy tylko 5 zł”. Tak to mniej więcej w tej chwili się odbywa.

Niektóre banki podobno wyprowadzają się z Polski. Które to są?
To jest zastanawiające, dlaczego przy takich komfortowych warunkach, przy jednej z najlepszych zyskowności banków w całe Europie, sporo z nich nagle wychodzi z Polski. Do sprzedania jest np. Raiffeisen, zaczęto sprzedaż Alior Banku, zamyka działalność w Polsce Royal Bank of Scotland (RBS), nie wyklucza się, że Deutsche Bank również się od nas wyniesie. O tym się nie mówi, ale Millennium też będzie całkowicie sprzedany, już uruchomiono przyspieszoną sprzedaż 15 proc. tego banku. Czy banki – nie tylko tu wymienione – liczą się z tym, że przyjdzie nowa władza, która zdaje sobie sprawą, jak Polacy są grabieni i zastopuje tą grabież? Może mają świadomość, że tak narozrabiały, iż lepiej sią wynieść na byle jakich nawet warunkach, oddać tego chorego pacjenta, który jest już zarażony, niech dalej radzą sobie z nim tubylcy?

Kto jak kto, ale bankier sprzedaje chyba po to, żeby zarobić, a nie ratować się przed niechęcią władzy?
Zgadza się, będzie podwójny zysk: zarobi sią na sprzedaży i uniknie kary finansowej ze strony państwa. Na razie ta sprzedaż jest jeszcze bardzo opłacalna. Ale pytanie, czy czasem nie jest opłacalna tylko dlatego, że banki lub ich cząści kupi Skarb Państwa? Czyli, że my, Polacy, zapłacimy naszymi podatkowymi pieniędzmi wielokrotnie więcej za coś, co kilka lub kilkanaście lat temu tanio sprzedaliśmy i jeszcze po drodze doinwestowaliśmy?

Nie używałbym sformułowania, że to „my sprzedaliśmy”, bo ani ja, ani Ty, ani nasi Czytelnicy, ani miliony innych Polaków nie brało w tym udziału. Sprzedawali określeni ludzie rządowi, menadże­rowie. Sprzedawali bardzo tanio, a teraz ich koledzy lub następcy odkupywać będą za duże pieniądze.
Dokładnie tak to wygląda. Najnowszy przykład – spółka Skarbu Państwa, jaką jest PZU, kupiła właśnie 25 proc. udziałów Alior Banku za 1,6 mld złotych; wcześniej na powstanie tego ban­ku wyłożono 400 milionów euro, czyli po przeliczeniu właśnie 1,6 mld zł. Alior Bank bierze zatem tyle, ile włożył, ale Skarb Państwa nie bierze całości, bankowi zostaje bowiem 75 proc. Wcześniej, w październiku ub. roku, podobnej operacji dokonała inna spółka Skarbu Pań­stwa – PKO BP, która przejęła szwedzki Nordea Bank. Ten miał w puli swych kredytów aż 90 proc. kredytów franko­wych; można szacować, że jest to kwo­ta 17-18 miliardów złotych. PKO BP nie wziął Nordei za darmo. Zapłacił prawie 3 miliardy, a kupił potencjalnie olbrzymi kłopot – trzeba się bowiem liczyć z mniejszą lub większą denominacją kredytów frankowych i zwrotem pieniędzy frankowiczom.

Frankowiczom zwracać (prawdopodobnie) będzie zatem już nie Nordea, ale PKO BR A wtedy okaże się, że koszt przejęcia szwedzkiego banku wyniesie de facto wydane już prawie 3 mld zł na zakup akcji plus ileś tam miliardów zwracanych jako następca prawny z powodu manipulacyjnych kredytów, jeśli tak ma wyglądać repolonizacja banków, to szykuje się następna manipulacja polegająca na tym, że najpierw wpompuje się pieniądze Skarbu Państwa w niektóre banki drogą zakupu ich udziałów i to po bardzo wysokich cenach, a potem instytucje te „poratują” frankowiczów. Ale będą ich ratować de facto nie swoimi zyskami, tylko pieniędzmi publicznymi.
Oczywiście idea repolonizacji, czy jak niektórzy to nazywają, „udomowienia banków”, jest ze wszech miar słuszna. Przypomnijmy, że w Polsce udział banków zagranicznych w całym sektorze bankowym wynosi prawie 70 proc. W większości krajów Unii jest to wartość od 8 do 25 proc. jeśli nie ma się własnej struktury bankowej, nie ma się żadnego wpływu na gospodarkę, na jej realne narzędzia itd. Trzeba więc mieć własne banki, ale nie można kupować kota w worku lub cze­goś na kształt wydmuszki – niby jajko, ale w środku puste lub zgniłe.
Problem polega dzisiaj na tym, że cały system bankowy w Polsce jest nie­słychanie narażony na utratę stabilności i bezpieczeństwa z powodu ropiejących wrzodów typu polisolokaty. Tak naprawdę jedynym zabezpieczeniem wszystkich bardzo wątpliwych i kosztownych trans­akcji są złotówkowe depozyty i lokaty Polaków, tzw drobnych ciułaczy. W bankach zagranicznych znajduje się ok. 600 miliardów różnorodnych depozytów naszych rodaków – tylko oni są dzisiaj gwarantem stabilności bankowej.

A nie szumnie lansowany Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który dysponuje ośmioma czy dziewięcioma miliardami złotych.
Zgadza się. Wystarczy, że nawet jeden mały bank będzie miał problem z płynnością finansową, stanie się nie­wypłacalny i już nie będzie skąd wziąć pieniędzy, żeby go ratować. Widać tu również skalę odpowiedzialności władz publicznych i instytucji państwa, które dla zagranicznych podmiotów banko­wych były wielce szczodre, przyjazne, serdeczne i elastyczne, że te robiły, co chciały, zarabiały, ile chciały i na czym chciały, nie prze mowały się kompletnie obowiązującym prawem. Ba! są już wyroki sądowe, do których banki nie stosują się; dotyczy to np. niektórych zapisów tzw. klauzul niedozwolonych.

Ludzie zastanawia­ją się zwykle, na czym te banki w Polsce tak dużo zarabiają? Według mego rozeznania przede wszystkim na setkach albo i tysiącach różnych opłat.
Zarabiają na wszystkim, ale faktem jest, że w Polsce mamy jedne z najwyższych bankowych marż, opłat i prowizji w Europie. Bogatsi od nas Niemcy, Włosi czy Francuzi płacą niższe koszty podstawowych usług i opłat bankowych niż my.

Czy to jest jakaś zmowa banków, że żaden z nich nie chce zejść z tych opłat choćby po to, aby stać się bardziej konkurencyjnym?
Żeby wymusić taki ruch, musiałaby być tym zainteresowana władza publiczna, polski rząd – patriotyczny, zdrowo­rozsądkowy. Mógłby zrobić prostą rzecz – stworzyć własny nowy, bank, który wprowadzi mocno konkurencyjne warunki.

Nie byłoby to lepsze niż repoloni­zacja?
Na pewno prostsze, dające natych­miastowe efekty i nie tak kosztowne. Zresztą państwo ma większościowe udziały w PKO BP i można by tam uruchomić od zaraz takie warunki kredytowe, opłatowe, licencyjne, leasingowe, ubezpieczeniowe itd., które zmusiłyby zagraniczne banki w naszym kraju do natychmiastowej, radykalnej zmiany ich polityki wobec polskiego społeczeństwa.

Albo do sprzedania tanio swoich akcji, tak jak kiedyś tanio je kupili.
No więc właśnie, środki nacisku są, nie ma tylko kto ich wykorzystać. Śmieszne i bezczelne zarazem jest straszenie Polaków, które uskutecznia pan Petru inspirowany przez pana Balcerowicza, że nie można narzucić bankom żadnego ekstra podatku, nie wolno zaostrzać kursu wobec nich, bo odbije się to na klientach, gdyż banki jakoby natychmiast podniosą opłaty i my wszyscy poniesiemy koszty ich operacji.

Jak podniosą opłaty, to stworzy im się konkurencję i do widzenia panowie!
No więc, odpowiedź jest prosta. (…)

CDN


źródło: e-wpis.pl

Część pierwsza TUTAJ

Reklamy