Od manipulacji do repolonizacji – czy nowe polskie banki? (1/3)

407_szewczak

Janusz Szewczak w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie na Białych Morzach podczas prezentacji albumu Adama Bujaka „Dom Świętego”. Fot. Michał Klag

Spekulacyjne pułapki finansowe dotknęły miliony osób. Z JANUSZEM SZEWCZAKIEM rozmawia Leszek Sosnowski.

Leszek Sosnowski: Dyskusja o tzw. frankowiczach, gwałtownie nasilona w czasie kampanii wyborczej spowodowała, że decyzja o repolonizacji przynajmniej niektórych banków wisi w powietrzu. Wygląda na to, że stoimy w obliczu zmian właścicielskich, głównie w bankach, które udzielały kredytów we frankach szwajcarskich. Które z nich wiodą prym w tych kredytach?
Janusz Szewczak: To większość banków zagranicznych działających w Polsce, ale również PKO BP, czyli największy, częściowo jeszcze polski bank. Tak naprawdę prawie wszystkie duże banki w Polsce udzielały tzw. kredytów frankowych,  z wyjątkiem Banku Pekao SA, którego właścicielem jest włoski Unicredit.

W mediach sprawę oczywiście się zakłamuje i rozmywa, przedstawia tak, jakby państwo (czyli podatnicy) musiało w przypadku przewalutowania dopłacić frankowiczom jakieś 40-50 miliardów, bo tyle te banki zarobiły tylko i wyłącznie na różnicach kursowych.
Świadoma manipulacja, świadome wprowadzanie w błąd. To tylko banki wymyśliły sobie, że w razie czego poratuje się frankowiczów z publicznych pieniędzy; Związek Banków Polskich złożył tego rodzaju propozycję. Zarówno prezydent elekt Andrzej Duda, jak i Jarosław Kaczyński, powiedzieli wyraźnie: żadnych publicznych pieniędzy nie można tu wydawać.

Inaczej mówiąc, chodzi o to, żeby to same banki zwróciły ze swoich środków to, co w niezbyt uczciwy sposób, a może nawet niezbyt zgodnie z prawem zarobiły?
Jak najbardziej. Mało tego, stawiam tezę, co potwierdza wielu wybitnych specjalistów z zakresu prawa finansowego, jak profesor Witold Modzelewski, iż zyski te były nie tylko niesprawiedliwe, ale też niezgodne z obowiązującymi wówczas w Polsce przepisami prawa. Przede wszystkim nie były to tylko tzw. kredyty frankowe, bowiem kredytobiorcy ani nie dostali nigdy franków do ręki, ani nikt nie przelał na ich konta szwajcarskiej waluty. Kredyty te były jedynie indeksowane i denominowane.

A gdyby frankowicze dostali franki do ręki i na przykład zatrzymali je sobie do dzisiaj, to oni zarabialiby na tym wysokim kursie, nie banki.
Mogliby je sobie teraz sprzedać i mieć zysk. A więc po pierwsze, kredyty nie były de facto udzielane we frankach. Po drugie, i to jest zasadnicza wątpliwość prawna, czy w ogóle były kredytami? Definicja kredytu jest określona w polskim prawie bankowym i mówi wyraźnie: kredyt to jest postawienie do dyspozycji klienta określonej kwoty pieniędzy z określoną wielkością odsetek, spłacalnej w określonym terminie. Tzw. kredyty frankowe były pewnego rodzaju opcjami spekulacyjnymi, toksycznymi opcjami walutowymi. Ludzie, którzy je wzięli, wciąż przecież nie wiedzą, ile jeszcze będą musieli oddać bankom, choć zobowiązania spłacają już siedem, osiem lat…

Tak naprawdę to od początku nie wiedzieli, ile będą musieli oddać, a teraz te toksyczne długi mogą nawet przejść w spadku na ich dzieci. Gdyby im ktoś od razu wyraźnie powiedział, że być może za parę lat będą musieli płacić za franka cztery złote, nawet jeden chętny by się nie znalazł.
Równie dobrze może się niebawem okazać, że kurs wyniesie nie cztery, tylko np. sześć albo osiem złotych; tu wszystko jest absolutnie otwarte – i to jest druga wątpliwość prawna. Wreszcie jest kwestia trzecia, którą nazwałbym uwięzieniem tych ludzi w spłacanych przez nich mieszkaniach, bo właściwie nie mogą się ich wyzbyć, sprzedać, przenieść się – nic. Mieszkanie może zmienić właściciela tylko na rzecz banku. Ludzie ci są w nich tam do momentu, aż ich wyrzucą, jeśli nie będą w stanie spłacać dalej tej lichwy. Czegoś takiego nigdzie nie ma, jest to forma wyzysku, autentycznego wyzysku.

Niektórzy „mędrcy” z całą bezwzględnością komentują jednak tę sytuację stwierdzeniem: „widziały gały, co brały”. Ale to przecież nieprawda, bo jednak nie widziały.
Nie tylko te gały w dużej mierze nie widziały, co brały, ale – można niestety powiedzieć – „wiedziały (tamte) gały, co dawały”. To była misternie skonstruowana pułapka, która w moim przekonaniu ma bardzo rozgałęzione macki w polskim systemie władzy, polityki, w sposobie zarządzania centralnymi instytucjami finansowymi w Polsce. Otóż w latach 2005-2008 nagminna była sytuacja, że rodzina, która zgłaszała się do banku po kredyt na mieszkanie w złotych polskich, otrzymywała informacje, że nie posiada zdolności kredytowej, ponieważ nie może utrzymać się przez miesiąc za trzy tysiące złotych w dużym mieście i jeszcze płacić regularnie ratę kredytową. Ta sama rodzina u tego samego doradcy dowiadywała się jednak, że może utrzymać się za trzy tysiące złotych i spłacać kredyt, ale pod warunkiem, że weźmie kredyt walutowy. Wtedy będzie miała zdolność kredytową. W takiej sytuacji każdy oczywiście mówił: „dobra, muszę gdzieś mieszkać, chcę mieć jakąś przyszłość – biorę ten kredyt”. Ponadto stawiam tezę – na razie jako jedyny w Polsce – że mogło dojść w tamtych latach do manipulowania stawką WIBOR – Warsaw Interbank Offered Rate. WIBOR jest podstawą wyznaczania oprocentowania dla większości kredytów udzielanych przez polskie banki, w tym dla rodzin i mniejszych przedsiębiorstw. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że ten WIBOR przez lata, do bodajże 2013 r., ustalali w Polsce tylko przedstawiciele banków.

Łącznie z Narodowym Bankiem Polskim i Komisją Nadzoru Finansowego?
Ależ skąd, to były banki komercyjne. Spotykało się 16 bankierów i przedstawiali tzw. kwotowania, czyli cenę, po jakiej banki pożyczają sobie wzajemnie pieniądze, a więc tak naprawdę cenę pieniądza, czyli wysokość oprocentowania dla kredytów złotowych.

Czyli mogli ustalać stawkę WIBOR po prostu z kapelusza?
Oczywiście. Niedawno była wielka afera w Londynie w sprawie podobnych manipulacji (LIBOR). Tam udowodniono winę, zapadły wyroki, płacone są dziesiątki miliardów odszkodowań. Płacą znane banki, np. HSBC, UBS itd.
Płacą, bo mają z czego. Nie zwrócili się po pieniądze do podatników.
Mają z czego, u nas też mają, ale to jest oczywiście kwestia do udowodnienia; dwa lata temu zwróciliśmy się z senatorem Grzegorzem Biereckim do szefa Komisji Nadzoru Finansowego z prośbą, żeby zbadał, czy nie mogło dojść do manipulacji stawką WIBOR. Otrzymaliśmy wówczas odpowiedź zarówno z NIK-u, bo i do NIK-u była taka interpelacja, i z KNF-u, że od tej pory NBP zajmie się już tym tematem i będzie nadzorował ustalanie stawki WIBOR wspólnie z KNF, że będą uważniej się temu przyglądać – taka była odpowiedź w tej sprawie.

I na tym koniec? Nie było odpowiedzi odnośnie do tego, co działo się wcześniej?
W tej kwestii odpowiedzi nie było. To wymagałoby poważnej kontroli, czyli postąpienia tak, jak wszystkie instytucje nadzorcze w Londynie i Nowym Jorku, które zbadały dokładnie fałszerstwo stopą LIBOR, w wyniku czego okazało się, że manipulowano tam cenami kredytu na gigantyczną skalę. U nas nie chodzi wyłącznie o kredyty frankowe; są i inne instrumenty finansowe, które, moim zdaniem, są absolutnie bezprawne i oszukańcze, a które banki na wielką skalę stosowały i nadal stosują, np. polisolokaty. Polska Komisja Nadzoru Finansowego tak naprawdę tylko wobec małych coś może. Wobec dużych – niewiele. Pytany w zeszłym roku przez senatorów w gmachu Senatu RP szef KNF-u, Jakubiak podał, że jeżeli dojdzie do przewalutowania kredytów frankowych po kursie z dnia zawarcia umowy – przy czym jak najbardziej słusznie obstaje prezydent elekt Andrzej Duda – będzie to kosztowało banki ok. 40 miliardów złotych. W styczniu tego roku podał już, że będzie tylko 25 miliardów. Skąd taka wielka rozbieżność? Dociskany przez senatorów, w jaki sposób KNF to obliczała i ustalała, odpowiedział – i to jest w stenogramie – że Komisja na początku 2014 r. wysłała ankiety do banków i to one im napisały, że stracą łącznie 40 mld. Przecież to jest komedia, a nie komisja nadzoru.

Wyjaśnijmy może, co to są owe polisolokaty, bo nie każdy jeszcze dał się na nie nabrać, nie każdy więc wie, co znaczy to słowo.
Na przykład 92-letniemu emerytowi sprzedaje się inwestycje w akcje jakiejś firmy z rejonu Morza Karaibskiego albo z jakiegokolwiek innego rejonu, obiecując, że za 10 lat dużo na tych akcjach zarobi. Z tym 92-latkiem to nie fantazja; taki jest rekord w Polsce, tyle lat miał najstarszy klient, któremu wciśnięto takie akcje.

Chyba ten pan nie mógł być za bardzo pewny, że pożyje jeszcze 10 lat…
Otóż to. Każdy mógł oczywiście wcześniej zrezygnować z tego instrumentu finansowego, z tej polisolokaty, ale – uwaga! – tzw. opłata likwidacyjna sięgała nawet 90 proc.!

Ależ to nie jest instrument finansowy, lecz złodziejstwo.
Otóż to. Pojawiają się pierwsze procesy indywidualne, bo niektórzy nie wytrzymują nerwowo, idą do sądu. Tam okazuje się, że aktuariusze, czyli tacy fachowcy, którzy uprzednio sporządzali dla banków pewne opinie, obliczali stopień ich ryzyka, zeznają w procesach, iż firmy ubezpieczeniowe, banki, instytucje finansowe, które tego typu produkt sprzedawały, miały pełną świadomość, że 70-80 proc. ludzi nie wytrzyma i wcześniej zerwie swoją umowę, na czym straci prawie wszystkie swoje pieniądze. Świadczy to, że działano z pełną premedytacją. Z pełną premedytacją przygotowane oszustwo na wielką skalę. Jak w przypadku kredytów bankowych sprawa dotyczy mniej więcej 500 tysięcy ludzi plus rodziny, czyli około półtora miliona osób, tak w przypadku polisolokat sprawa dotyczy czterech do pięciu milionów Polaków.

Naprawdę aż tak dużo ludzi nabrano? Trudno uwierzyć…
Cztery do pięciu milionów Polaków, w sumie na kwotę ok. 50 miliardów złotych. Też miałem propozycję takiej polisolokaty, wykupiłem ją, a po dwóch miesiącach już się zorientowałem…

…przepraszam, ale jak Ciebie nabrali, to co dopiero zwykłego klienta bankowego!
Dobrze, ale poczekaj – po dwóch miesiącach zorientowałem się, że to jest oszustwo. Poprosiłem o zwrot i dostałem z powrotem 10 procent. Na szczęście, to co ja zainwestowałem, to była mała kwota, bo też był to rodzaj ćwiczenia, by zbadać, o co chodzi w tym całym przedsięwzięciu.
Ale teraz wyobraźmy sobie, że zachęcony intensywną reklamą idzie do banku lub do jakiegoś pośrednika starszy człowiek, który pełen nadziei pakuje w polisolokatę oszczędności całego życia… Skala tego procederu w Polsce, jak mówiłem, jest olbrzymia, to cztery do pięciu milionów osób. Pokrzywdzeni założyli stowarzyszenie pod nazwą „Przywiązani do polisolokat”, skierowali zawiadomienie do prokuratora generalnego przeciwko Komisji Nadzoru Finansowego, że dopuszcza i toleruje rabowanie tych ludzi. Sprawę umorzono.

Bo pewnie to oszustwo, jak i wiele innych tego typu, dokonuje się w majestacie polskiego prawa.
Jest jeszcze jeden toksyczny instrument finansowy, wcześniejszy – powiedziałbym grzech pierwotny banków – czyli tzw. opcje walutowe dla przedsiębiorstw, które pojawiły się jeszcze za rządów Pawlaka. Dotyczyły firm, które chciały się zabezpieczyć przed ewentualnym wzrostem lub spadkiem kursu waluty w transakcjach.

Przypominam sobie, mnie też kilka razy coś takiego proponowano. Chodziło o to, że firma mogła zarezerwować sobie określoną pulę obcej waluty na późniejsze transakcje z zagranicznymi partnerami?
Tak jest. Rezerwacja polegała na tym, że firma nie dostawała tych pieniędzy do ręki ani na swoje konto, leżały gdzieś w banku i czekały na decyzje o ich użyciu; były do dyspozycji. Takim sposobem miały być zabezpieczone transakcje zagraniczne przed ryzykiem wzrostu kursu obcej waluty. Jednak, gdy szczegółowo wniknęło się w te transakcje, okazywało się, iż w przypadku gwałtownego skoku zarezerwowanej waluty zarabia tylko bank, a nie ten, który chciał się zabezpieczyć.

Czyli ta rezerwa była podobna w swoim działaniu do kredytów tzw. frankowych?
Tak, bardzo podobna. Niby miałeś rezerwację, ale nie płaciłeś według kursu z dnia, kiedy proponowano ci opcję walutową, tylko z dnia, kiedy chciałeś skorzystać z rezerwy.

A więc de facto opłacało się korzystać z opcji walutowych tylko w przypadku spadku kursów zachodnich walut, co wówczas było jednak nierealne.
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale nabrały się na to także wielkie firmy, np. kombinaty węglowe straciły na opcjach walutowych bardzo poważne kwoty. W sumie chodzi o olbrzymie pieniądze, liczone w miliardach. Do dzisiaj trwają procesy sądowe, Waldemar Pawlak twierdzi, że stracił stanowisko wicepremiera w 2012 r., bo postawił się bankom w sprawie tej opcji i domagał się, by banki przynajmniej częściowo wzięły na siebie koszty manipulacji. (…)

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

za: e-wpis.pl

Ciąg dalszy TUTAJ

Reklamy