Rostowski ukrywa faktyczny dług

– Najgorsze przed nami. Kryzys przychodzi do nas z opóźnieniem, ale skutki będą tak dramatyczne jak na Węgrzech – mówi Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK, w rozmowie Agatonem Kozińskim. 

Słychać głosy, że dziś jedyna wartościowa opozycja wobec rządu to ekonomiści punktujący jego zaniechania – ze słynnym już licznikiem długu publicznego Leszka Balcerowicza na czele. Tylko czy rzeczywiście ta krytyka jest uzasadniona? Dług publiczny w Polsce – według najbardziej pesymistycznych wyliczeń – wynosi 58 proc., podczas gdy w USA czy Wielkiej Brytanii ponad 100 proc.
Jestem zdania, że sytuacja jest jeszcze gorsza, niż przedstawiają ją nawet ci ekonomiści, których pan przedstawił jako opozycję. Wydaje mi się, że my absolutnie idziemy w stronę scenariusza argentyńskiego, a już na pewno węgierskiego.
Sądzę, że co najgorsze w naszej gospodarce, jest jeszcze przed nami. Kryzys przychodzi do nas z opóźnieniem, ale jego skutki będą nie mniej dramatyczne niż na Węgrzech czy w Grecji.
Co będzie jego przyczyną?
Argentyna zbankrutowała dziesięć lat temu, mając zaledwie 100 mld dol. za_dłużenia zagranicznego. My mamy w tej chwili 260 mld dol. zadłużenia zagranicznego. Jeżeli chodzi o skalę deficytu sektora finansów publicznych, to tak naprawdę my nie wiemy, jaki jest prawdziwy dramat tego sektora.
Minister Rostowski przyznał, że dług sięga 100 mld zł.

Ale czy na pewno? Najpierw mówił, że będzie deficyt rzędu 3,69 proc., później w granicach 8 proc. 
Moim zdaniem ten deficyt jest jeszcze większy. Jest gdzieś w granicach 10 proc. PKB. Tego nie widać, gdyż rząd do perfekcji opanował sztukę ukrywania długów. Na przykład w ogóle się nie mówi o poręczeniach i gwarancjach. Dziś przeznaczamy na nie kilkadziesiąt miliardów złotych – choć ta suma będzie wliczona do długu dopiero wtedy, gdy trzeba będzie ją już wyłożyć. Może zdarzyć się jednak sytuacja, gdy przedsiębiorstwa będą potrzebowały tych gwarancji – tak już się dzieje w przypadku PKP i firm budujących autostrady. Jeszcze w tym roku z tytułu gwarancji, których Skarb Państwa udzielił, będzie trzeba wypłacić około miliarda złotych.

To jest ukryty dług?
Tak. I on powinien być wliczany do długu publicznego. Ale to niejedyna pomijana kwestia. Inną są wciąż zaciągane pożyczki. Dzisiaj zaciągamy kolejny dług w Europejskim Banku Inwestycyjnym, w wysokości 2 mld euro. To jest kolejne 8 mld zł. To wszystko sprawia, że – moim zdaniem – już przekroczyliśmy próg zadłużenia 55 proc.
Rząd twierdzi inaczej. Skąd Pana wyliczenia?
Wiceminister finansów Maciej Grabowski zaznacza, że gdybyśmy nie wprowadzili podwyżki VAT, to przekroczylibyśmy ten próg 55 proc.

Tylko że ta podwyżka daje raptem ok. 5 mld zł dodatkowych zysków. Skoro tak niewielka kwota ma znaczenie, to znaczy, że już stąpamy bardzo blisko tego progu. Ale to nie wszystko. Minister Michał Boni mówi, że gdybyśmy przekroczyli próg 55 proc., to natychmiast potrzebowalibyśmy 40 mld zł. To czemu wystarczy 5 mld, żeby go nie przekroczyć? Widać więc, jak ogromne rozbieżności są między tymi wypowiedziami. Zauważył to nawet wicepremier Pawlak, który kiedyś sam powiedział, że dobrze by było, gdyby minister Rostowski powiedział prawdę o naszym budżecie.

Rostowski liczy, że uda się zbilansować budżet dzięki wysokiemu tempu rozwoju gospodarczego. To oznaczałoby wyższy wzrost PKB, co automatycznie pozwoliłoby zacząć zmniejszać dług publiczny.
Już w tym roku pan minister zapowiadał, że wzrosną dochody podatkowe z tytułu CIT – tymczasem już widać, że będą one o 5 mld mniejsze, niż zapisano w budżecie.

Skąd Pan wie, że będą mniejsze?
Bo takie są wstępne informacje z Ministerstwa Finansów. Myślę, że jeżeli chodzi o skalę dochodów przyszłorocznych, pan minister także się zawiedzie. Moim zdaniem dochody spadną. Droższe będą energia, żywność, VAT.

Tymczasem Boni i Rostowski są zgodni jak nigdy. Obaj twierdzą, że lekiem na całe zło jest reguła wydatkowa i to ona wyciągnie nas z kłopotów finansowych do 2014 r.
Kompletna fikcja. Na razie chwalimy się tym, że sprzedajemy nasze obligacje jak ciepłe bułeczki. Przypomnę, że Grecy też sprzedawali i Węgrzy również. Ale podmioty gospodarcze kupiły już polskie obligacje za 125 mld zł. Ta suma w ciągu roku wzrosła o 100 proc.

To pokazuje, jak niebezpiecznie szybko rośnie polskie zadłużenie.

Tymczasem ministerstwo nie umie tego opanować. I stosują sztuczki. Ja zauważyłem dwie.

Jakie?
Pierwsza to powtórka z zachowań Grecji – swapy walutowe, czyli umowy o przepływach pieniężnych, a właściwie opcje, gdyż chodzi tu o zawieranie umów z opóźnioną płatnością. Rostowski ćwiczył to już w grudniu zeszłego roku. W ten sposób wymienił ok. 3 mld euro. W ten sposób działała, i to przez wiele lat, Grecja, która zawierała tego typu umowy z bankami inwestycyjnymi. Już widać, że Rostowski chce ten manewr powtórzyć i w tym roku – tylko na znacznie większą skalę. Tylko że to nic innego niż inżynieria finansowa czy, mówiąc bardziej brutalnie, kreatywna księgowość.

A ta druga metoda?
Sztuczne pompowanie wartości polskiej waluty. To działanie dokładnie odwrotne niż stosowane przez resztę świata. Dziś jest wojna walutowa, każde państwo robi wszystko, by obniżyć wartość własnej waluty. Niektóre kraje, jak Brazylia czy Tajlandia, wprowadziły nawet specjalny podatek od obligacji, by zniechęcić do ich kupowania – w ten sposób starają się utrzymać niski kurs własnej waluty. My działamy na odwrót. Sztucznie pompujemy kurs, żeby w ten sposób utrzymać niższą wartość naszego zadłużenia zagranicznego. Spodziewam się zresztą, że takie działania będą twórczo rozwijane.

W jaki sposób?
Zastanawiam się na przykład, po co w Sejmie powstaje komisja konstytucyjna. Podejrzewam, że początkowo będzie się zajmować błahostkami typu zmniejszenie parlamentu czy jednomandatowe okręgi wyborcze. Później jednak może zmienić temat. Gdyby sytuacja gospodarcza stała się naprawdę poważa, mogłaby się zająć kwestią progów ostrożnościowych zapisanych w konstytucji.

Już widzę nagłówki w gazetach krzyczące o zamachu stanu.
Ale proszę zwrócić uwagę, że doradca premiera Jan Krzysztof Bielecki w jednym z wywiadów już powiedział, że nad tymi progami należy się zastanowić, bo są nieżyciowe – trochę na zasadzie: stłucz pan termometr, nie będziesz mieć gorączki.
polskatimes.pl, 2010-10-28
Reklamy