Powtórka bańki spekulacyjnej

Polski premier po raz kolejny zapewnia polska opinię publiczną, że nie będzie podwyżek podatków w 2010 r. Dziś mamy do czynienia ze sztucznie wywołaną hossą, zarówno na rynku giełdowym, jak i walutowym, bardzo podobną do tej z lata ub. r. Deklaracja premiera to bardzo daleko idąca i bardzo ryzykowna obietnica.

Oby nie okazała się kolejną bez pokry­cia. Co stało się przyczyną tak radykalnej zmiany stanowiska, skoro jeszcze kilka tygodni temu zarówno pre­mier, jak i minister finansów nie wykluczali podwyżki po­datków? Dokonywano już na­wet pierwszych przymiarek do ich podwyżki na rok 2010, a nawet obliczeń w kontekście nowelizacji budżetu na rok 2009. Czyżby tak radykalnie poprawiły się wyniki makroekonomiczne w Polsce, urosły zagraniczne in­westycje czy zwiększył się wpływ z podatków? A może nastąpił radykalny wzrost dochodów budżetowych?

Za wcześnie na sukces
Czy raczej chodzi o szczególną wrażliwość rządu na słupki son­dażowe, co zarzuca premierowi nawet sam wicepremier Walde­mar Pawlak. Może jednak nie należy wierzyć nawet w tak sta­nowcze zapewnienia premiera w kwestii podatków, bo przyj­dzie się z nich wkrótce wyco­fać albo trzeba będzie ukryć faktyczne podwyżki przy po­mocy technicznych sztuczek np. w ramach likwidacji ulg i odliczeń podatku VAT na pa­liwo do samochodów służbowych czy ograniczeń różnego rodzaju zwolnień i przywilejów, np. zniżkowych przejazdów dla studentów. Aktualne zapewnie­nia wynikają głównie z chęci uspokojenia własnego elekto­ratu. Niewątpliwie podnoszenie podatków i obciążeń fiskalnych w kryzysie, którego podobno w Polsce miało nie być, to naj­bardziej prymitywna i dolegliwa społecznie forma działań rządu i ministra finansów w walce z kryzysem, ale niestety i jedna z najskuteczniejszych, przynajm­niej jeśli chodzi o sferę fiskalną.

Fałszywe obietnice
Należy chyba jednak sądzić, że ostatnie obietnice premiera nie dotyczą podnoszenia VAT, ak­cyzy czy składki rentowej. Jest to kolejne działanie czysto PR–owskie. To propozycja nie do odrzucenia dla polskiej opinii publicznej albo podwyższymy podatki, albo dostaniemy 10 mld zł z NBP, albo podwyż­szymy podatki albo przepro­wadzimy ostateczną wyprzedaż resztek wartościowych części majątku narodowego, w tym przedsiębiorstw strategicznych – energetycznych, chemicznych, petrochemicznych, surowco­wych. Dziwaczna to teoria eko­nomiczna, która zakłada, że jeśli już wszystko sprzedamy, nawet za bezcen, to podatki nie będą już w ogóle potrzebne. Warto przyjrzeć się krajom, tak mocno doświadczonym kryzysem w Europie, takim jak Łotwa, Li­twa, Estonia czy Węgry. Tam już dawno wyprzedano praktycznie cały majątek narodowy, wpro­wadzono podatek liniowy, a pie­niędzy w budżecie coraz mniej
.
Po co to świętowanie?
Choć dziś mamy rekordowy wzrost notowań WIG-u i bar­dzo znaczące umocnienie się złotego, to wcale nie wynika to z gwałtownej poprawy wskaź­ników makroekonomicznych w Polsce, które wręcz się pogar­szają. Polska gospodarka w II kw. poza niewielkim, bardzo ograni­czonym przypadkiem produkcji przemysłowej, symbolicznym wręcz, w granicach błędu sta­tystycznego wzrostem sprze­daży detalicznej o zaledwie 0,9 proc. nie wykazuje żadnej pozy­tywnej tendencji. Wprost prze­ciwnie większość wskaźników jest najgorsza od blisko 20 lat. Przedwcześnie odtrąbiono suk­ces w walce z kryzysem. Mówią to zresztą ci sami analitycy, któ­rzy jeszcze nie tak dawno w ogóle zaprzeczali, że kryzys dotknie nasz kraj. Spadek bezrobocia o 0,1 proc. w czerwcu, w cza­sie, gdy zaczynają się na wielką skalę prace sezonowe w rolnic­twie, a absolwenci szkół jadą z reguły na wakacje, powinien być raczej sygnałem ostrzegaw­czym, wręcz alarmowym.

Skąd optymizm?
Nie bardzo wiadomo, dlaczego druga połowa roku ma być tak dobra dla polskiej gospodarki, o czym nas zapewniają rządowi eksperci. Tym bardziej, że pierw­sza połowa roku obecnego przy­niosła prawdziwą zapaść np. w zakresie bezpośrednich inwe­stycji zagranicznych. Aż o 83 proc. spadła wartość tych inwe­stycji rok do roku. Był to spa­dek o blisko 6 mld euro. Spadek ten dalej trwa w najlepsze. Zna­cząco wzrosło zadłużenie naszego kraju. Dług publiczny Skarbu Państwa zbliża się do nienotowanego poziomu 610 mld zł. Ministerstwo Finansów co mie­siąc emituje obligacje walutowe o wartości 1,5 do 2 mld dola­rów. Pożycza na potęgę. Nowe zamówienia w polskim przemy­śle spadły w czerwcu aż o ponad 28 proc. rok do roku i to według danych GUS. W maju br. spa­dek był mniejszy i wynosił za­ledwie 15,4 proc, a przed nami przecież dwa miesiące waka­cyjne. Prawdziwy horror zacznie się dopiero jesienią, od września, gdy po wakacjach portfele Pola­ków mocno opustoszeją i trzeba będzie zapomnieć o beztrosce wakacyjnej, przygotowując się do kosztownej i gorącej jesieni. Kryzys dotarł już nie tylko do budżetu państwa, ale i do budże­tów samorządowych. Będą one miały od 2 do 4 mld zł mniej niż zapisały w swych budżetach, bowiem wraz ze spadkiem do­chodów budżetu państwa PIT znacząco zmniejszyły się rów­nież wpływy do kas samorzą­dów. Olbrzymia część wpływów samorządów pochodzi przecież z PIT. Aż 8 proc. trafia do tych budżetów.

Mimo nowelizacji zabrak­nie pieniędzy
Zapaść dużych przedsię­biorstw, czyli wpływów z podatku CIT do budżetu państwa, można szacować na koniec roku na co najmniej 30 proc. W wymuszonej noweli­zacji budżetu na ten rok mini­ster finansów już przyznał się do obniżki dochodów z CIT aż o 14,5 proc. Jak na jego do­tychczasową skłonność do mó­wienia prawdy i precyzyjnych wyliczeń, może to być realnie drugie tyle, gdzieś około 30 proc. mniej. Budżety samo­rządów stracą również na za­stoju na rynku nieruchomości i z tytułu wpływów od czyn­ności cywilno-prawnych.

Oszczędności na drogach i zdrowiu
Rząd już po cichu w bardzo niejasny sposób w nowelizo­wanym budżecie zmniejszył wydatki na drogi o ogromną kwotę 23,5 mld zł. Oficjal­nie minister finansów przesu­nął do Krajowego Funduszu Drogowego tylko 9,7 mld zł. Gdzieś po drodze zginęło więc 13,8 mld zł. Ciekawe gdzie się podziały te pieniądze. Może są to te mityczne oszczędno­ści obok oszczędności za prze­jazdy studentów. Zamiast dróg nadal będziemy mieli niski, sztucznie utrzymywany i nie­realny deficyt budżetowy. Re­sort zdrowia i NFZ właśnie zaczynają przygotowywać za­bójczą kurację odchudzającą dla polskich szpitali na przy­szły rok. W przyszłorocznych
założeniach budżetowych dra­stycznie ścinane są wydatki na leczenie chorych w pol­skich szpitalach. Budżet NFZ wyniesie w 2010 r. 54 mld zł maksymalnie. Czyli będzie to podobna kwota jak w tym roku. Okrojone zostaną kon­trakty dla szpitali o co naj­mniej 2 mld zł. Mniej ma być pieniędzy na tzw. nadwykonania świadczeń medycznych. Polscy pacjenci dobrze wiedzą czym to grozi.

Masy bezrobotnych
Bardzo podobne kłopoty ma już Fundusz Pracy obciążony nadmiernymi obowiązkami. Na jesieni znacząco wzrosną koszty zasiłku dla bezrobot­nych, a przewidziano w te­gorocznym budżecie na ten cel zaledwie 2,1 mld zł, na ak­tywne formy przeciwdziałania bezrobociu 4,3 mld zł. Będzie więc potrzeba od 1 do 2 mld złotych więcej tylko na zasiłki dla bezrobotnych. Jesienią skończą się prace sezonowe, a młodzi absolwenci szkół w liczbie około kilkuset tysięcy będą musieli zarejestrować się, bo o pracę nawet w Irlandii bę­dzie bardzo ciężko. Do końca czerwca wydamy już ponad połowę pieniędzy przeznaczo­nych w budżecie na zasiłki dla bezrobotnych, to jest kwotę ok. 1,1 mld zł. Kwoty wypłat miesięcznych z tego tytułu gwałtownie rosną. W samym czerwcu zasiłek otrzymało 371 tys. osób, a bezrobocie dopiero zacznie rosnąć, a i tak stosun­kowo przecież niewielka grupa Polaków ma prawo do zasiłku z tego tytułu.

Powtórka bańki
W ubiegłym roku analitycy bankowi, podobnie jak dziś przedstawiciele rządu, zaklinali rzeczywistość. Wówczas WIG, WIG20 oraz złoty osiągały swoje maksima. Zapewniano nas, że będzie już tylko lepiej, że złoty będzie się już tylko umacniał. A przecież potem złoty zaledwie w ciągu kilku miesięcy osłabił się aż o 1,5 zł. Indeksy załamały się gwałtow­nie. Pieniądze z funduszy in­westycyjnych w dziesiątkach miliardów wyparowały. Ol­brzymie straty poniosły OFE. Nie można wykluczyć, że pod koniec 2009 r. będziemy mieli do czynienia z jeszcze trudniej­szą sytuacją.

Złoty na dopalaczach
Na razie mamy do czynienia ze sztucznym oddychaniem pol­skiego złotego. Od dłuższego czasu Ministerstwo Finansów poprzez BGK interweniuje na rynku walutowym, sztucznie poprawiając sytuację naszej wa­luty. Mamy na razie szczęście, bo otrzymaliśmy z UE transfer środków w wysokości 417 min euro. To niebezpieczna speku­lacyjna gra, dotycząca nie tylko rynku walutowego, ale również obligacji. 7 i 8 lipca polskie Ministerstwo Finansów sprze­dało obligacje nominowane w USD za 1,5 mld. Ofertę sprytnie skierowano do in­westorów zagranicznych i od tygodnia złoty zaczął się systematycznie umacniać. Mini­sterstwo miało więc chwilowo pod dostatkiem dolarów. Ale już 20 lipca operację powtó­rzono, tym razem sprzedano obligacje aż za 2 mld USD. Znaczna część strumieni zgro­madzonych w ten sposób wa­lut popłynęła na polski rynek. Jak długo będzie można tę grę prowadzić i ile będzie nas to kosztować? Na ile znowu za­dłuży się polskie państwo? Komu mają ulżyć takie dzia­łania? Oprocentowanie za­oferowane przez ministerstwo było niezwykle korzystne dla inwestorów zagranicznych, opiewało na sumę 6,4 proc, a przypomnijmy, że Węgry bę­dące w kompletnej zapaści fi­nansowej płacą 6,7 proc, Rosja 5,1 proc, Hiszpania 4,09 proc, Włochy 4,35 proc. A na rynku obowiązywało 6,15 proc. My daliśmy zatem zarobić inwe­storom zagranicznym 30 min USD. To właściwie taki bonus na zachętę. Tylko 13 proc. z tej puli kupiły polskie TFI i OFE, sprzedając w tym celu złotego, a tym samym obniżając war­tość polskiej waluty.

Tylko braki
NBP sprzedał bankom bony pieniężne o rekordowej war­tości 42 mld zł. Bony te służą do przejmowania nadpłynności zagranicznych działają­cych w Polsce. W ostatnich dwóch miesiącach rósł bardzo intensywnie nadmiar pienię­dzy i gotówki w kasach ban­kowych, choć kredytów dla przedsiębiorstw nie przybywa.Przyczyną tak gwałtownego napływu środków do sektora bankowego w maju, czerwcu i w lipcu były transfery do pol­skiego budżetu środków z bu­dżetu UE.Inwestycje czy ratowanie? MF regularnie wymienia euro z Brukseli w NBP, a potem przeznacza te pieniądze na bieżące wydatki budżetu pań­stwa i pieniądze te i tak ostatecznie trafiają do banków. A pieniędzy w budżecie bra­kuje coraz bardziej. Majątku, który można by było jesz­cze sprzedać, jest coraz mniej, pieniędzy też. Są za to gigan­tyczne długi. Za wcześnie więc, by ogłaszać wszem wobec, że osiągnięto sukces.

Reklamy