Tajfun Vincent zmiecie rząd Tuska

Z Januszem Szewczakiem, analitykiem ekonomicznym, który pierwszy przewidział kryzys w Polsce, laureatem nagrody „Gazety Finansowej” dla analityka najtrafniej oceniającego wydarzenia na rynku finansowym w 2008 roku, rozmawia Leszek Misiak. 

Tydzień temu zakończył się szczyt brukselski dotyczący kryzysu finansowego w Europie. Premier Tusk wrócił rozpromieniony sukcesem polskiej delegacji

To nie sukces, lecz porażka. Co prawda TVN24 i red. Monika Olejnik podali, że prezydent Sarkozy tak się podobno przestraszył uwag polskiej delegacji, że nie będzie stosował protekcjonizmu wobec francuskich przedsiębiorstw, które chciały przenieść się do Europy Środkowo-Wschodniej, by zmniejszyć koszty produkcji, ale to propaganda i zaklinanie rzeczywistości. Sarkozy na pewno się nie przestraszył. Zachowanie polskiej delegacji na szczycie w Brukseli to kompromitacja. Polski rząd zablokował inicjatywę Węgrów, którzy wnioskowali, by UE wyasygnowała 190 mld euro dla całego regionu wschodniego państw Wspólnoty. Węgry już są dotknięte paraliżem gospodarczym, czego my doświadczymy niebawem. Premier Węgier Ferenc Gyurcsany już we wrześniu 2006 r. przeprosił społeczeństwo za to, że rząd je okłamywał, zapewniając, że sytuacja gospodarcza jest dobra, podczas gdy już wówczas była tragiczna.

To bezprecedensowe wyznanie zbulwersowało Węgrów.

Ale dziś spójrzmy na nie z innej perspektywy – lepiej przyznać się, choć to kompromitujące i bolesne, niż trwać w zakłamaniu, co doprowadziłoby gospodarkę i walutę do jeszcze większej katastrofy.

Nasz premier twierdzi, że Polakom niepotrzebne jest takie wsparcie jak Węgrom.

Sytuacja Polski, jeśli chodzi o wskaźniki ekonomiczne, nie różni się wiele od węgierskiej, a za dwa miesiące będzie gorsza. Deficyt obrotów płatniczych mamy taki sam jak Węgry, tj. około 9 proc. – jeśli w naszym deficycie wynoszącym 6 proc. uwzględnimy tzw. saldo błędów i opuszczeń (saldo to jest rejestrem wypływu waluty z kraju), czyli dodatkowe 3,7 proc.

Sądzi pan, że premier Tusk wzorem premiera Węgier będzie musiał przyznać: okłamywaliśmy was, rodacy, przepraszamy?

Myślę, że nieuchronnie, w przyspieszonym tempie zbliżamy się do takiej sytuacji, choć mam wątpliwości, czy Donald Tusk się na to zdobędzie. Musi jednak mieć świadomość, że chęć ratowania własnej twarzy poprzez opowiadanie bajek o silnych fundamentach polskiej gospodarki doprowadzi kraj do katastrofy. Spójrzmy, jakie są te silne fundamenty: 600 mld zł – dług publiczny skarbu państwa; 300 mld zł – zadłużenie gospodarstw domowych; blisko 200 mld zł długu z tytułu kredytów hipotecznych, z czego prawie 70 proc. denominowane w walutach obcych; zadłużenie spółek skarbu państwa i przedsiębiorstw polskich za granicą – około 100 mld euro; zadłużenie banków zagranicznych działających w Polsce w innych bankach poza granicami Polski – 40 mld euro; zadłużenie ludności na kartach kredytowych – 12 mld zł; niespłacone długi obywateli i firm pod koniec 2008 r. – 63 mld zł, z tego dług wobec banków – 35 mld zł, długi z tytułu kredytów gotówkowych – 15 mld zł; zaległości wobec skarbu państwa – 21 mld zł, wobec gmin – 10 mld zł. Poza tym w 2009 r. suma tzw. zapadalnych długów polskich wobec zagranicy, które trzeba będzie refinansować, plus obsługa zadłużenia zagranicznego ok. 5 mld euro – to dodatkowo około 25 mld zł, które bezwzględnie trzeba będzie oddać w tym roku. Czego nie dotknąć – ogromne zadłużenie. Polska tonie w długach.

Kryzys powoli dosięga wszystkich, więc sprawa pomocy dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej, której nie poparł w Brukseli rząd Tuska, być może i tak wróci.

I to szybciej, niż się niektórym wydaje. Nawet jeśli nie zwróci się o nią polski rząd, częściowo wymuszą to kraje, które mają banki w Polsce – Austria, Włochy, Belgia, Holandia. Jeśli Austria zainwestowała w banki w Polsce około 290 mld dol., Niemcy i Włosi po 200 mld dol., nie dopuszczą do tego, by ich finanse były zagrożone z powodu upadku tych banków. Zrobią wszystko, by otrzymały pomoc.

Ale do Ukrainy nam daleko…

Byłbym ostrożny w takich sformułowaniach. Na Ukrainie jest duża sfera gospodarki i biedy nieobjęta systemem bankowym – tzw. szara strefa. U nas ponad 50 proc. ludności ma rachunki bankowe. Nasza sytuacja jest korzystniejsza niż Ukrainy, ponieważ mamy większe oszczędności ludności, dość duży rynek wewnętrzny i duży popyt wewnętrzny. Są one naszym głównym atutem, gdyż podtrzymują koniunkturę. Bo na eksport nie mamy co liczyć – załamie się on w tym roku. Renomowane zachodnie instytucje finansowe twierdzą, że skala zagrożenia bankructwem, niewypłacalnością państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, jest bardzo duża.

Za Gierka, gdy mówiło się o ogromnym zadłużeniu kraju za granicą, wynosiło ono ponad 20 mld zł, ale mieliśmy majątek narodowy – przedsiębiorstwa, fabryki, nieruchomości.

Dzisiaj mamy około 170 mld euro długu za granicą, a majątek w większości sprzedany. Można zadać pytanie: pożyczyliśmy prawie 600 mld zł, bo tyle wynosi dług publiczny skarbu państwa, majątku nie mamy, więc gdzie są pieniądze? Powinniśmy opływać w luksusy.

No właśnie, gdzie?

Wyjechały z Polski. Nie ma innego wytłumaczenia. Bo gdyby zbudowano w ciągu tych 20 lat od upadku PRL sieć autostrad, szybkie linie kolejowe itp. duże inwestycje państwowe, można by powiedzieć – na to wydaliśmy pieniądze. Tymczasem dużych inwestycji nie było, zadłużone są szpitale, ludzie, firmy.

Przez 20 lat od upadku PRL społeczeństwo w Polsce nie dostrzegało, że krok po kroku układ III RP pogrąża kraj?

To niestety tragedia, że polskiemu społeczeństwu brakuje nawet podstaw edukacji ekonomicznej. To, co można usłyszeć w TVN24, TVN CNBC, przeczytać w „Gazecie Wyborczej” albo w „Wall Street Journal” – dodatku do „Dziennika”, to – dosadnie ujmując – informacje dla uczniów na poziomie szkoły specjalnej. Przecież te właśnie media, opierając się na swoich analitykach bankowych, twierdziły jeszcze jesienią, że żadnego deficytu ani kryzysu nie będzie, że wzrost gospodarczy wyniesie 4,8 proc., a złotówka będzie się umacniać. Tak właśnie prognozowali lansowani w tych mediach tacy specjaliści, jak Marek Zuber, Piotr Kuczyński, Alfred Adamiec, Ryszard Petru, Witold Orłowski. Twierdzili, że kurs euro będzie w końcu 2008 r. na poziomie 3,20 zł, do 4,10 zł na początku tego roku. We wrześniu ub.r. prognozowałem 4,70 zł i wtedy określano mnie jako niepoprawnego pesymistę. Okazało się, że i tak zaniżyłem prognozę, bo mieliśmy już 4,80 zł.

Na czym w takim razie polegało ustalanie tych prognoz – na wróżeniu z fusów?

Wygląda na to, że właśnie tak było. Albo świadomie próbowano wprowadzić polską opinię publiczną w błąd. Ale skoro dziś specjalistami od gospodarki w Polsce są, jak widzimy w mediach, Janusz Palikot, Paweł Poncyliusz, Stefan Niesiołowski, nawet Monika Olejnik, która stwierdziła, że Donald Tusk osiągnął w Brukseli wielki sukces, ponieważ pożyczył 4 mld euro od Europejskiego Banku Inwestycyjnego, to czego możemy oczekiwać? Dzień przed wyjazdem do Brukseli rząd wydał oświadczenie, że zadłużanie kraju nie jest metodą na rozwiązywanie kryzysu, po czym pojechał do Brukseli i… pożyczył 4 mld euro.

Dziś nawet ci, którzy niedawno mówili, że kryzysu nie będzie, nie kwestionują, że dotarł do Polski.

To dopiero początek zamieszania, nadchodzi tajfun Vincent.

Vincent?

Tak go nazwałem, bo Jan Vincent-Rostowski, obecny minister finansów, jest jednym z architektów pogłębiającego się kryzysu. To nasz Kaszpirowski od finansów – takie porównanie nasuwa mi się. To, co opowiada, woła o pomstę do nieba. Twierdzi niezmiennie, że nasz kraj ma mocne fundamenty ekonomiczne, stabilny system bankowy, że kryzys nas w znaczącym stopniu nie dotknie. Tymczasem większość zagranicznych banków komercyjnych w Polsce ma już straty za IV kwartał wynoszące średnio 40 proc., a jest dopiero początek marca. Rok 2009 będzie dla nich dramatycznie ciężki, a to oznacza brak kredytów, drogie usługi bankowe, wysokie marże, niskie oprocentowanie depozytów i lokat oraz wyciąganie ręki do NBP i rządu po nowe środki.

Może na wyniki tych banków wpłynęło błędne informowanie opinii publicznej o umacnianiu się złotówki?

Oczywiście. Dlatego powinno się wymienić nie tylko analityków ekonomicznych, ale także całą kadrę zarządzającą niektórych banków, funduszy inwestycyjnych (właśnie pierwszy fundusz DWS Polska TFI ogłosił wstrzymanie wypłat), funduszy emerytalnych. Jeśli OFE miały w ub.r. stratę 25 mld zł, a w tym za styczeń i luty mają już 10 mld, to na koniec roku szykują się straty rzędu 35–40 mld zł. Pamiętajmy, że OFE obracają pieniędzmi przyszłych emerytów.

A co będzie z bankami? Czy w obecnej trudnej sytuacji wszystkie się utrzymają?

Czeka nas bardzo duże zamieszanie, które będzie polegało na przejmowaniu niektórych banków przez instytucje mocniejsze finansowo. Część zniknie z rynku. Właściciel banku Zachodniego WBK – irlandzki AIB – ma ogromne problemy w Irlandii, być może zostanie znacjonalizowany, a bank BZ WBK w Polsce udzielił kredytów ogółem na 36 mld zł, w tym 13 mld zł to kredyty dla deweloperów, którzy teraz prawie nie sprzedają mieszkań. W podobnej sytuacji jest bank Millennium, którego spółka-matka BCP w Portugalii ma olbrzymie problemy. Bank City Group w Ameryce prawdopodobnie zostanie znacjonalizowany, więc w Polsce City Handlowy pewnie będzie sprzedany. Każdy z tych banków miał 100, a niektóre nawet 1000 klientów na opcje, musiały więc odpisać olbrzymie rezerwy bankowe, nawet po kilkaset milionów złotych na każde przedsiębiorstwo. Tymczasem minister finansów mówi, że system bankowy w Polsce jest stabilny.

Co oznacza takie zamieszanie na rynku bankowym?

Że nie będzie kredytów dla przedsiębiorstw. Grozi nam krach, a rząd opowiada w Brukseli, że nie jest źle, że damy sobie radę. To kompletnie niezrozumiałe i nieodpowiedzialne. Ale czego możemy oczekiwać, skoro premier Tusk i minister Rostowski wciąż korzystają z rad osób, które jeszcze trzy miesiące temu twierdziły, że nie będzie w Polsce żadnego kryzysu, np. Ryszarda Petru, prof. Witolda Orłowskiego czy Marka Zubera. W ostatnich latach establishment polskiej gospodarki składał się w dużej mierze z ludzi niekompetentnych, oszustów, „przyjaciół królika”, pupili Leszka Balcerowicza i ludzi ze służb specjalnych, którzy chcieli się łatwo i szybko wzbogacić. Tych specjalistów powinien zmieść tajfun Vincent.

To musiałoby oznaczać przyznanie się do totalnej klęski całego układu powiązań polityczno-biznesowych III RP i spowodowałoby wymianę elit. A w przyszłości – rozliczenia.

Z pewnością. Jeśli rozliczają byłego szefa Rezerwy Federalnej USA Alana Greenspana, który przyznał, że mylił się w swoich ocenach i decyzjach dotyczących rynku finansowego, Bernarda Madoffa, który oszukał wiele renomowanych instytucji finansowych, czy prezesów czołowych angielskich banków, dlaczego u nas są sami niewinni?

Układ nie podetnie gałęzi, na której siedzi. To wymusić może tylko jakaś siła z zewnątrz. Ulica?

Nie wykluczałbym tego. Natomiast bankowców winnych spekulacji na złotówce i wytransferowania z Polski miliardów złotych za granicę powinna rozliczyć Komisja Nadzoru Finansowego. Ale KNF jest na garnuszku zagranicznych banków komercyjnych. W budżecie KNF na 2009 r. 137 mln zł pochodzi właśnie od banków, 23 mln z rynku kapitałowego, 21 mln od firm ubezpieczeniowych, 13,7 mln od OFE. Niektórzy pracownicy KNF wywodzą się z sektora bankowego, np. dyrektorem pionu nadzoru bankowego jest Andrzej Stopczyński, który wcześniej pracował w Kredyt Banku. Teraz w imieniu państwa polskiego, bo KNF podlega bezpośrednio premierowi, kontrolują nasz system bankowy. Szef KNF Stanisław Kluza w grudniu ub.r. powiedział: „w oparciu o naszą wiedzę możemy potwierdzić, że sytuacja polskiego sektora finansowego jest bezpieczna i stabilna”. Ta wypowiedź kompromituje go jako szefa KNF. Komisja nie dostrzegła w porę problemu opcji walutowych i transferu walut za granice Polski oraz groźby bankructwa niektórych TFI.

Niedawno powiedział pan „GP”, że ogromny wpływ na skutki kryzysu miała wyprzedaż niemal całego sektora bankowego w Polsce.

Kto ma banki, ten ma realną władzę nad państwem. Za skandaliczne prywatyzowanie polskiego sektora bankowego dzisiaj płacimy rachunek. Niektórzy analitycy 20 lat temu ostrzegali, że nie tędy droga. Wówczas określano nas oszołomami, ignorantami. Kryzys najbardziej dotknął kraje, które w największym stopniu wyprzedały swój sektor bankowy – Litwę, Łotwę, Estonię, Polskę, Węgry.

Najbogatsi czmychną. Ryszard Krauze prawdopodobnie dawno wyczuł zbliżający się krach i wycofuje się z Polski. Ale „szara masa” zostanie. Jak skończy się dla nas kryzys?

Na razie huragan Vincent jeszcze nie nabrał prędkości. Stanie się piekłem, gdy osiągniemy trzymilionowe bezrobocie, co według mnie może nastąpić już w końcu tego roku. Oznaczać to będzie pogłębienie zapaści budżetowej o około 20 mld zł, gdyż przybędzie 1,2–1,5 mln bezrobotnych (teraz jest 1,6 mln), a to spowoduje zwiększenie wypłat z budżetu na świadczenia socjalne, fundusz pracy, fundusz gwarantowanych świadczeń pracowniczych, fundusz alimentacyjny… Nie wystarczy nawet na zasiłki dla bezrobotnych. Na razie nie przygniotły nas całkiem długi, ale niebawem je odczujemy, jeśli euro osiągnie wartość 5 zł, a potem może być 5,5, a nawet 6 zł, co zmusi NBP do interwencji. Z powodu szkodliwej dla państwa polityki kolejnych rządów III RP prawdopodobnie opóźniliśmy nasz marsz do nowoczesności i dobrobytu o 10, a nawet 20 lat. Wielu z nas już tego nie doczeka, zwłaszcza emeryci, którzy uwierzyli w OFE i tzw. II filar.

Co powinien zrobić rząd, by zmniejszyć skutki tej katastrofy?

Mam wątpliwości, czy zachowanie rządu się zmieni. Ale jeśli, załóżmy, tak by się stało, powinien w pierwszej kolejności pozbyć się Kaszpirowskiego polskich finansów, czyli ministra Rostowskiego, najgorszego ministra finansów od 20 lat. Po drugie, powołać sztab antykryzysowy, który składałby się z osób wiarygodnych, a więc nie takich jak Ryszard Petru czy prof. Witold Orłowski. Tacy ludzie u boku premiera to recepta na murowany krach. Po trzecie, zwrócić się o pomoc do Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Po czwarte, trzeba zrobić wszystko, by utrzymać miejsca pracy, a nawet tworzyć nowe. Sytuacja jest poważna, ponieważ grozi nam utrata najlepszych przedsiębiorstw, które decydują o bezpieczeństwie państwa polskiego. Orlen ma dzisiaj 13 mld zł długu, 3 mld strat za 2008 r. i wiele miliardów dolarów kredytów. Nie lepiej jest w PGNiG, w Lotosie, a LOT jest praktycznie bankrutem. Trzeba by znacząco dofinansować Bank Gospodarstwa Krajowego, ale nie kwotą 2 mld, lecz 20 mld zł, podnieść wynagrodzenia dobrym pracownikom, a nie je obniżać, stworzyć ułatwienia, a nie utrudnienia w dostępie przedsiębiorstw do środków pomocowych w Unii, zwiększyć nakłady na inwestycje, zwłaszcza infrastrukturalne. Trzeba zrobić dokładnie odwrotnie, niż radzi prof. Leszek Balcerowicz.

(Gazeta Polska, 2009-03-10)

Reklamy